Jan Lityński, doradca prezydenta, nazwał wczoraj Wojciecha Jaruzelskiego patriotą, dodając, że generał był na usługach Związku Radzieckiego. Powiedział też, że Jaruzelski był człowiekiem pozbawionym złej woli i osobą, która znalazła się w złym miejscu.

Nie dość, że słowa prezydenckiego doradcy są oczywistą nieprawdą, to nie są nawet spójne i konsekwentne. Bo jak można w jednej wypowiedzi powiedzieć o tym samym człowieku, że był patriotą, i że – jako osoba nr 1 we władzach państwowych – był na usługach obcego, zbrodniczego mocarstwa? To prawdziwy patriota z niego, naprawdę. Lityński dobrze wiedział, co robi, dodając, że Jaruzelski był patriotą polskim. Trzeba było to dodać, bo śp. prof. Paweł Wieczorkiewicz, bynajmniej niebędący fanem życiorysu generała, również nazwał go patriotą, tyle że rosyjskim. 
 
Słowa historyka miało okazję słyszeć wielu Polaków, bo padły one w filmie „Towarzysz Generał”, wyemitowanym w „Jedynce” w znakomitym czasie antenowym. Było to prawie dwa lata temu, więc pewnie wielu widzów zapomniało o tej wypowiedzi. Jednak pewnym jest, że pamięta o niej choć część środowiska opiniotwórczego, które mogło sprawę przypomnieć.
 
Jeśli wprowadzenie stanu wojennego tłumaczyć znalezieniem się przez Jaruzelskiego w złym miejscu, jak to ładnie, eufemistycznie ujął Lityński, należałoby zauważyć, że generał miał do znajdowania się w złym miejscu sposobność wyjątkową. W złym miejscu znalazł się w latach 1945-1947, kiedy likwidował grupy żołnierzy antykomunistycznego podziemia, walczące o niepodległość Polski. W nielepszym miejscu znalazł się w roku 1968 podczas antysemickiej nagonki w wojsku, a już w najgorszym – czyli na stanowisku ministra obrony – w grudniu 1970 roku, co zdecydowałoo jego odpowiedzialności za strzelanie do robotników. No i ten stan wojenny...
 
Z faktami się nie dyskutuje. Znane są dokumenty, z których jasno wynika, że Rosjanie interwencji Czerwonej Armii w Polsce w 1981 r. nie planowali. Bardzo możliwe (jeśli nie pewne), że o interwencję zabiegał u nich nie kto inny, jak właśnie Jaruzelski. Nie ma się czym ekscytować, bo każdy, kto śledzi polskie życie publiczne, o tym wie. Dlatego takimi kłamliwymi wypowiedziami, jak ta Lityńskiego, można jedynie sobie szkodzić. Oby tylko sobie, bo w takich przypadkach doradca szkodzi też pośrednio wizerunkowi urzędu prezydenta RP.